Opowiadania

Mając za rodziców Magizoologów można przyzwyczaić się do ciągłych wycieczek. Praktycznie odkąd zaczęłam chodzić byłam ciągana po różnych zakątkach świata by poznać niesamowite stworzenia, o których moi rodzice nauczają przyszłe pokolenia adeptów szkół magii. Tym razem nasz cudowny szmaragdowy świstoklik przeniósł nas na wschód Afryki. Jakoś tak od samego początku czułam, że to nie skończy się dobrze. Nie ma co się oszukiwać – Afryka nigdy nie oznacza niczego dobrego. Pomijając fakt, że było niesamowicie ciepło i parno to jeszcze zaraz po wylądowaniu miałam wrażenie, że coś nas obserwuje. Ale nauczona doświadczeniem poprzednich wypraw nie powiedziałam o tym ani słowa. W końcu po to podróżujemy, by poznawać stworzenia, a one z natury obserwują coś czego nie znają. Ale inaczej ma się sytuacja, gdy chodzi o Druzgotki czy Bahanki, a inaczej gdy w grę wchodzą np. Smoki czy nie daj Boże Kappy. Tym razem padło na Afrykę i aż bałam się tego, co ma nam do zaoferowania. Znając swoich rodziców wiedziałam, że to nic puchatego nie będzie (pufek to maskotka a nie zwierze, o którym można uczyć). Więc pełna „optymizmu” czekałam na to, co Afryka ma nam do zaoferowania. Spacerowaliśmy już jakiś czas zmieniając bez przerwy krajobraz i co jakiś czas robiąc postoje, ale z min rodziców wyczytałam, że wciąż nie znaleźliśmy tego, czego tak uparcie szukali. A im bardziej czegoś szukali, tym groźniejsze to było. Gdy ostatnim razem tak błądziliśmy okazało się, że szukali gniazda Akromantuli, więc moje obawy były jak najbardziej uzasadnione. Więc krążyłam razem z nimi w duchu modląc się, by jednak nie znaleźli tego, czego szukają (w myślach przeleciałam po wszystkich gatunkach Smoków i niestety żaden z Afryki nie pochodził) i jednocześnie zapewniałam ich, że jeszcze trochę i na pewno trafimy na to cudowne zwierzę, które dzisiaj stanowi temat przewodni naszej rodzinnej wyprawy. Gdy już niemal się poddaliśmy mama kazała nam się uciszyć wskazując na pobliskie krzaki. Razem z tatą podeszliśmy do nich i spoglądając pytająco na mamę czekaliśmy na dalsze wyjaśnienia.

 

- Wyjrzyj ostrożnie zza krzaków Eve i powiedz, co widzisz -  wyszeptała podekscytowanym głosem mama. Zrobiłam więc to, co chciała i ostrożnie wyjrzała zza krzaków. To, co zobaczyłam sprawiło, że moje serce zamarło. Kilka metrów od krzaków, w których się chowaliśmy było najprawdziwsze Nundu -  jedno z najgroźniejszych, jak nie najgroźniejsze stworzenie, które tuptało po tej ziemi. Schowałam się ponownie za krzakami spoglądając z przerażeniem na podekscytowaną mamę.

- Czy ty wiesz, co tam jest?!

- Oczywiście, że tak. To cel naszej wyprawy.

 

Miałam ochotę uderzyć się otwartą dłonią w czoło, ale taki odgłos mógłby sprowokować zwierze do ataku. Nundu, jak przystało na dużego kociaka przypominającego przerośniętego lamparta, naprawdę dobry słuch. Wolałam nie wiedzieć, co zrobiłby z nami – trzema marnymi żywotami, skoro jego oddech zabijał wioski. Chciałam właśnie powiedzieć mamie, że chyba na głowę upadła przyprowadzając nas tak blisko tego stworzenia, gdy nagle poczułam szarpniecie na prawy ramieniu i pytająco spojrzałam na ojca.

 

- On tutaj idzie – powiedział niemal bezgłośnie i szczerze? Nic więcej nie trzeba było mówić. Jak na komendę zerwaliśmy się i ruszyliśmy przed siebie próbując uciec przed tym olbrzymim kotem, który uznał, że będziemy cudowną przystawką. Chyba jeszcze nigdy w życiu nie chciałam aż tak bardzo znaleźć się znowu w domu.

- Mamo daj szmaragd. Musimy stąd zniknąć inaczej po nas.

- Tak tak już go szukam.... No gdzie on jest.... Jestem pewna, że przed chwilą tu był....

- Mamo!! Tak jakby nie mamy czasu!

- WIEM! Ale nigdzie go nie ma!

 

Miałam ochotę rwać włosy z głowy. Jakim cudem mama mogła zapodziać jedyne źródło ratunku? Spojrzałam błagalnie na ojca, który przetrząsał kieszenie w poszukiwaniu zapasowego świstoklika, który zawsze miał przy sobie, a ja modliłam się do wszystkich znanych sobie bóstw, by znalazł go jak najszybciej. Nie chciałam skończyć, jako przekąska dla Nundu. Skoro i tak uciekałam i szanse na przetrwanie na razie były marne to czy wiecie, że Nundu jeszcze nigdy nie zostało pokonane przez mniej niż STU! Wyszkolonych czarodziejów? STU!  A nas było troje.

- Mamo gdzie ten szmaragd?

 

Moja cierpliwość naprawdę się kończyła tak samo, jak dzielący nas i Nundu dystans. Gdy już myślałam, że to ostatnie chwile mojego życia i chciałam wygłaszać mowę o tym, jak bardzo kocham rodziców, choć to najbardziej nieodpowiedzialni ludzie na świecie tata wyciągnął z kieszeni sprane gacie, które były ratunkowym świstoklikiem i z ulgą wszyscy przenieśliśmy się do domu. Z ulgą opadłam na kanapę w salonie i wzięłam kilka głębokich wdechów. Chwilę później dołączyła do mnie mama, która zdjęła z siebie swój podróżny płaszcz i zajęła miejsce po mojej prawej. Kątem oka dostrzegłam, że z kieszeni tyle co rzuconego na fotel płaszcza wystawał radośnie szmaragd. W sumie było wiele rzeczy, które cisnęły mi się w tej chwili na usta, ale uznałam, że szkoda sobie strzępić język. Moi rodzice byli niereformowalni, ale i tak ich kochałam i na pewno wyruszę z nimi na kolejną niebezpieczną wyprawę, z której być może już nie wrócę.

 

Eveline Blackraven, Instytut Magii Peverell, 2016 rok


Dawno, dawno temu, gdy jeszcze prehistoryczne stwory chodziły po ziemi, urodził się mały gnomek, którego gnomi rodzice nazwali Jaś. Dorastał, podziwiał świat, a wraz z nim dinozaury. Marzył, by w przyszłości stać się taki jak one. Niestety lata mijały, a mały Jaś stał się dużym Janem i w żadnym calu nie przypominał monstrualnych stworzeń, które od najmłodszych lat były jego idolami. W końcu zrezygnowany uznał, że nie warto marzyć i oddał się w pełni swoim obowiązkom. Jego matka, która osiągnęła sędziwy wiek, dostrzegła, że jej gnomi syn stracił zapał do wykonywanych czynności i tak jakby blask w jego oczach przygasł. Mama Julita postanowiła porozmawiać z kolegami Jasia: Krzysiem, Witkiem i Mareczkiem, by dowiedzieć, co takiego wydarzyło się, że gnom stał się ostatnio markotny. Poznawszy prawdę, postanowiła porozmawiać z synkiem. Mówiła mu, że w życiu nie należy kierować się wygórowanymi ideałami i dążyć do zostania kimś innym, ale starać się być sobą i osiągnąć szczyt spełnienia jako ten, kim się jest. Jan nadal nie zdawał się pocieszony, dlatego gnomia mama Julita wraz z gnomim tatą Józefem postanowili choć w małej namiastce spełnić marzenie syna: wyryli na kawałku drewna napis Jestem dinozaurem, doczepili do tego sznureczek i wręczyli swojej pociesze. Od tej pory na ustach Jana gościł uśmiech i spoglądał na świat zupełnie inaczej. Niby nic, a jednak cieszy.

 

Vivienne Levittoux, Wirtualny Hogwart im. Syriusza Croucha, 2017 rok


Pufek w rękach cukierkożercy

Nie tak dawno temu i nie tak daleko stąd, piękna, inteligentna, kreatywna, twórcza, o błyskotliwym spojrzeniu i jedwabnych włosach… ja! siedziałam sobie na ganku swojego letniskowego domku i obserwowałam sąsiadów za płotem.

Przekomiczna rodzina. Mugole. Każdego dnia dostarczali nam nowej rozrywki. Szczególnie ciekawe było oglądanie pana Turnera naprawiającego samochód. Klął przy tym jak szewc, rzucając za siebie części silnika. Jego żona biegała wtedy dookoła krzycząc na niego, żeby sam przestał krzyczeć. Ich syn natomiast zbierał porozrzucany metal i układał z niego bliżej nieokreślone konstrukcje. Po godzinie pan Turner rzucał ostentacyjnie ścierką i tuptał prawą nogą. Syn, papugując swoją większą kopię, powtarzał to, rzucając się z furią na swoje misternie konstruowane budowle. Pani Turner rzucała na zakończenie kwiecistą wiązankę. No mówię, komedia.

Najlepszy skecz wydarzył się jednak ostatniej nocy. Od rodziców dostałam Pufka, bardzo milusińskie i urocze stworzenie… niemalże takie jak ja. Niemalże, ponieważ nie grzeszyło rozumkiem. W nocy uciekł z klatki i przekopał się pod żywopłotem. Jakież było moje zdziwienie gdy o czwartej nad ranem dało się słyszeć przeraźliwy krzyk sąsiadów.

Scena wyglądała następująco: pani Turner biegała przed domem w samej bieliźnie, wznosząc ręce do nieba, jakby mogła w ten sposób zadzwonić po pomoc. Pan Turner niósł swoją latorośl na rękach, odsuwając się od niej jak od materiałów radioaktywnych. Natomiast z nosa małego bąbelka zwisało nie co innego, jak moje nowe zwierzątko.

Państwo Turner wydawali z siebie okrzyki niemalże rytualne. Biegali wokół rabatki, jak wokół ogniska. Dopiero gdy biedny, głupiutki Pufek odpadł z nosa chłopca cała trójka wbiegła do domu.

Piętnaście minut później trzymałam już swoje małe stworzenie w dłoniach. Cały był oblepiony czekoladą i karmelem. Do łap miał przylepione cukrowe cuksy. Widać, jeszcze zanim uraczył się przepysznymi smarkami, został ugoszczony niczym król. Brawo Pufek!

 

Paige Abney, Wirtualny Hogwart im. Syriusza Croucha, 2017 rok


Wyjątkowość

Rogogon Węgierski jest jednym z najbardziej agresywnych smoków. Zjada owce, kozy, pożera ludzi... A gdyby jednak nie było tak? Kolczek, bo o nim będzie ta krótka historyjka, urodził się inny. Nie był agresywny wobec innych jak jego koledzy, nie żywił się ludźmi... ba! On nawet został praktykującym weganem!

Wszyscy nabijali się z Kolczka. Twierdzili, że nie jest z niego ''równy gość'', że nigdy nie zostanie ''ziomkiem'' wśród smoków, tym bardziej wśród Rogogonów. Pewnego razu, w barze gdzie pracował zobaczył Ją- piękną, zgrabną, słodką smoczycę. Serce potężnego Rogogona zaczęło szybko bić, żółte oczy zaświeciły. Młody smok w mgnieniu oka skrył się za wielką ladą, licząc aby nie podeszła teraz do niej. Za 2 minuty zmiana. 1.59 minut, 1.58...

- Ej, Kolczek, zobacz jaka piękność - zagwizdał Minczek, jeden z jego kolegów, który właśnie niósł tacę.

- Cśś, Minczek! - syknął młody smok.

Kolega spojrzał na niego z politowaniem i szyderczym uśmiechem i uciekł do kuchni.

- Nie! Minczek! Niech cię szlag, wróć tu! - szepnął ze złością Kolczek.

- Halo? Jest tu ktoś? - do uszu Rogogona doszedł słodki głos.

Kurde, co mam zrobić?! Myśl Kolczek, myśl!- myślał gorączkowo.

- Ej, widzę twój ogon. - kobiecy głos zaśmiał się.

No i super....

Kolczek wstał powoli i odwrócił się w stronę głosu i zobaczył ją. Zaskoczony, ogonem zbił z 3 szklanki, jak nie więcej, talerz świeżej sałatki spadł na ziemię, a żółty napój z kozy wylał się na smoczycę z wielkim pluskiem.

- O żesz na Smoka Ogon! - krzyknął przerażony.

Młoda smoczyca zaczęła się śmiać, przyznam na początku był to słodki śmiech, ale gdy robił się co raz silniejszy przypominał śmiejącą się fokę. Kolczek spojrzał na nią zdziwiony. Smoczyca trzymała łapkę na brzuchu i śmiała się co nie miara. Wszyscy zebrani spojrzeli na nią zabawnie i także przyłączyli się do śmiechu. Teraz to już cały bar śmiał się ze śmiechu Walijskiego Smoka, a biedny Rogogon nie wiedział co zrobić. Spojrzał szybko na zegarek. Uff.. Czas zmiany. Szybko zmyknął do szatni i z prędkością Błyskawicy wyszedł z baru. Gdy szedł przez Park Puszków znów ją ujrzał. Tym razem wraz z jakimiś chłopakami. Którzy... Szarpali ją? No nie! Tak nie może być! Kolczek poczłapał swoimi ciężkimi nogami do potrzebującej.

- Zostawcie ją! - ryknął. No... starał się aby zabrzmiało to groźnie.

- Ha! Kolczek? Ten słabiak? Pff, nawet nie licz, że on cię uratuje.- zwrócił się do smoczycy jej napastnik.

To rozzłościło Rogogona. Żółte ślepia zaświeciły ze złości, wielkie łapy zacisnęły się w pięści. Spojrzał na nich. To spojrzenie mogło by wypalić dziurę. Położył przednie ręce na ziemi, tylną nogę ułożył z tyłu i zrobił to. Ryknął, wydobywając ogień. To znaczy... prawie ryknął, bo zabrzmiało to jak zaledwie ryk miauczącego kota, a ogień? Pojedyncze smugi dymu. Myślicie, że wszyscy zaczęli się śmiać? To się mylicie! Zadziałało to, bo smoki uciekły w mgnieniu oka.

Parę miesięcy później...

Kolczek stał się bohaterem. Był wyklaskiwany przez wszystkie smoki w jego plemieniu. Zyskał nową, piękną miłość. A wiecie dlaczego? Bo uwierzył w końcu w siebie. Wyrzucił z siebie myśl, że jest pośmiewiskiem, słabiakiem... Był sobą. Jedynym Rogogonem jedzącym sałatki, jedynym, który nie umiał ryknąć, zionąc ogniem. Był wyjątkowy.

I morał z tej krótkiej i jakoby dziwnej historyjki jest taki: Nigdy się nie zmieniaj i bądź sobą. 

 

Alexis Smithness, Wirtualny Hogwart im. Syriusza Croucha, 2017 rok


Drogi pamiętniczku!

Dzisiaj poznałam wspaniałego Magizoologa – Stoddarda Withersa (choć raczej powinnam powiedzieć, że poznałam ducha wspaniałego Magizoologa). Z tego co udało mi się przeczytać, to urodził się w 1642 r. Za życia zajmował się hodowlą skrzydlatych koni. Zmarł w 1769 r. trzeba przyznać, że dość długo sobie pożył. Jakby tego było mało, to na dzisiejszych zajęciach po krótce opisał nam 4 gatunki skrzydlatych koni. Oh, ale cóż to były za piękne koniki! Najbardziej podobał mi się Abraksan, był biały niczym chmurka… chyba poproszę  ojca o takiego, choć pewnie się nie zgodzi, ale warto próbować!

Poznaliśmy również Aeotany, Graniany i Testrale, mało kto widział te ostatnie. Ostatnią atrakcją dzisiejszego dnia było polo na miotłach. Dość interesująca gra, chociaż przez moją kontuzję nie mogłam w niej bezpośrednio uczestniczyć. Cóż, zabawnie było patrzeć jak reszta uczniów biła się o piłeczkę. Może kiedyś zagram z nimi, albo i nie. Zostawię tu jeszcze kilka zdjęć koników i znikam.

Całuski!

Lucy Snape, Wirtualny Hogwart im. Syriusza Croucha 2017 rok